Leśny spacer

 

Po tym jak rozpadłam się na tysiące kawałków, zbieram się powoli do kupy. Łapię głęboki oddech i staram się ukoić ból. Najlepiej pomaga wyjście z domu i odcięcie się, a natura chyba najlepiej – poza napojami wyskokowymi – koi wszelkie bolączki. Uspokaja, wycisza, pozwala nabrać dystansu. Dlatego w weekend wybraliśmy się na spacer do lasu. Dodatkowy plus, że w lesie nie muszę denerwować się na moje potwory, które ostatnio strasznie drą koty ze sobą, niemiłosiernie drąc przy tym buzię. Tutaj nie muszę się przejmować, że komuś mogą przeszkadzać ich krzyki i kłótnie. Oczywiście nie mamy co liczyć na spotkanie jakichkolwiek dzikich zwierząt, bo chłopcy wszystkie skutecznie przepłoszą w obrębie jakiegoś kilometra. Ale na wszelki wypadek i tak wyposażają się w kije ;) Choć u Janka, zgadując po dźwięku jaki wydawał, kij pełnił rolę odkurzacza?! A może kosiarki?!

 

1a (10)

2a (7)

3 (15)

4 (10)

5 (14)

6 (12)

 

Janek bardzo chciał, ale żuk się nie odważył wejść mu na rękę. Miał rację, bo to się mogło dla niego źle skończyć! ;)

 

13 (7)

14a (3)

 

Im głębiej wchodziliśmy w las, tym bardziej wytężaliśmy wzrok w poszukiwaniu grzybów. Tak dawno nie byłam na grzybach, że dosłownie nie mogłam przestać ich wypatrywać. Na początku natrafialiśmy na same muchomory, aż w końcu wujek wypatrzył pierwszego czarnego łepka.

 

15 (4)

16 (4)

17 (2)

 

Potem znaleźliśmy jeszcze jednego.

 

18 (2)

 

I jeszcze kilka. Niestety nawet na jajecznicę z grzybkami nie starczy! ;)

 

19 (2)

20 (4)

21 (2)

22 (3)

 

A ten konar Ignaś ciągnął całą drogę do domu. Finalnie porzucił go za ostatnim zakrętem! I traf tu za nim?! ;)