Króliczek Jellycat

Powiem szczerze, że nie przepadam za pluszakami. Jak o nich myślę, przed oczami pojawia mi się obraz półki na której poupychane siedzą brudne, wymiętolone pluszaki. Rożnej wielkości, w rożnych kolorach, wszystkie tak samo paskudne. Niestety moje dzieciństwo przypadło na końcówkę lat 80-ych, początek 90-ych a realia tamtych czasów były takie, że mało co było ładne, ale pluszaki z tamtego okresu to była jakaś rozpacz, a ja byłam szczęściarą, bo miałam Huga, pluszowego misia, którego przywiózł mi wujek z Holandii. Hugo był inny,  bo był po prostu ładny. Tak go polubiłam, że mam go do dzisiaj. Zawsze był przy mnie. Widział moje radości, a kiedy było mi źle wysłuchiwał moich smutków. Razem ze mną zwiedzał świat i wprowadzał się do każdego domu. Teraz też z nami mieszka. Obecnie siedzi na półce w Helenki pokoju, obok jej lalek. Bardzo chciałabym, żeby Helenka tez miała takiego miękkiego przyjaciela, do którego zawsze będzie mogła się przytulić, a którego zapach będzie dawał jej poczucie bezpieczeństwa. Długo szukałam dla niej takiego misia, lecz jak się okazało, błędnie założyłam, że to musi być miś…

Kiedy go zobaczyłam w sklepie wiedziałam, że to właśnie jego chcę podarować Helence. Tego słodkiego, białego króliczka, z najpiękniejszymi uszami jakie kiedykolwiek widziałam.

No i jest jej. Jeszcze bez imienny, ale już naznaczony czerwonym mazakiem :)