Matczyna codzienność

 

Po dwóch tygodniach chorowania w końcu wychodzimy na prostą, żeby nie zapeszyć, lepiej splunę trzy razy przez lewe i na wszelki wypadek przez prawe ramię. Jak już wiecie wakacje rozpoczęliśmy jakimś paskudnym wirusowym zapaleniem i gdy Polskę zalewały fale upałów, moi chłopcy gorączkowali i oblewali się zimnym potem na zmianę. Poziom  marudzenia i stękania wzrasta w tym czasie co najmniej pięciokrotnie, a matce dochodzi jeszcze fucha służącej, która robi herbatki, podaje książki, masuje bolące nogi lub plecy, aplikuje leki – tu wkradają się kompetencje pielęgniarskie, wyciera nosy, a to wszystko w momencie kiedy ją samą zaczyna rozkładać to samo świństwo. Ale nie ma roztrząsać przeszłości, cieszmy się, że już mamy to za sobą. Jednak całkowity zakaz opuszczania domowych pieleszy przez tydzień i unikanie społeczeństwa przez drugi skutecznie pokrzyżowały nasze wakacyjne plany. Resztę pokrzyżowała pogoda, która w momencie gdy my stanęliśmy na nogi, zmieniła się z letniej na typowo jesienną. Z braku materiału fotograficznego postanowiłam się Wam trochę pożalić, jednocześnie udowadniając, że my, blogujące mamy jedziemy dokładnie na tym samym wózku co i Wy. Chcę żebyś wiedziała, że moje życie to również pasmo poświeceń i wyrzeczeń, które koncentruje się przede wszystkim wokół dzieci.

Nie mam idealnie czystego domu, choć na zdjęciach tak właśnie może Ci się wydawać. Prawda jest taka, że non-stop chodzę i odkładam na miejsce rzeczy, które chłopaki zostawili dokładnie tam, gdzie się nimi bawili. I tak wynoszę wszystkie gry, książki, kredki, samochodziki, pojedyncze skarpetki, jakieś dziwne elementy Klosków Lego, pasażerów pociągu, którzy wypadli podczas bardo ostrego manewru zawracania, po ciuchy męża, które niechlujnie porzucił na oparciu kanapy. Mam uświnione okna do wysokości do której sięgają chłopcy – tą granicę brutalnie uwydatnia wpadające przez nasze wielkie okna poranne światło, które znowu pozwala mi robić takie jasne zdjęci – a widzisz, co za coś ;) Średnio przez twa dni w tygodniu na naszej kanapie zalega tak ogromna sterta prania do złożenia, że chłopcy mogliby z niej zjeżdżać na sankach. Teraz sobie wyobraź  ile prań robię, żeby taki kopiec uzbierać. Pięć tygodniowo, suszonych na dwóch bieliźniarkach jednocześnie to standard, który już mnie nie rusza ;)

Na ogromnym lustrze w łazience, takim prawie na całą ścianę, które było od wielu lat moim marzeniem, systematycznie pojawiają się rysunki wykonane palcem ufajdanym w mieszance pasty do zębów i śliny. Chciałaś – to masz! A teraz szoruj! Każdego wieczoru, po kolacji w naszym zlewie kuchennym piętrzy się stos garnków do zmycia, których ni jak nie da się już wepchnąć do zmywarki, a w naszej ubikacji na stałe mieszka Diplodok, który podgląda mnie za każdym razem gdy korzystam z toalety. Moje biurko – to moje powinnam napisać wielkimi literami, bo poza szafą z ciuchami to jedyne takie 100% tylko moje miejsce. Tak było do czasu gdy w jego szufladach zaczęły mieszkać przypominające modliszki rysunki dinozaurów. Obecnie moje biurko to stacja metra Wilanoska* na której staje metro średnio raz na 5 minut. Drzwi rozsuwają się z charakterystycznym sykiem odsuwanych drzwi, a trzy razy powtórzony sygnał dźwiękowy informuje pasażerów o planowanym odjazdem metra. Co też czyni oddalając się powoli w kierunku  kolejnej stacji, która znajduje się przy stoliku, dokładnie pięć kroków dalej i gdzie ponownie zaczyna się dobrze mi znana symfonia dźwiękowa, która może tak trwać dobre kilka godzin.

Mamy też takie poranki, które od razu zaczynają się płaczem, bo matka nieopatrzenie zostawiła na blacie Ignasia lubiony pasztecik z kjólika*, przyczyniając się tym samym do jego tajemniczego zniknięcia. Nóg nie dostał. Wbrew waszym podejrzeniom mąż też go nie wciągnął, tylko pies, który takich okazji nigdy nie przepuszcza. Nie przepuszcza ich także gdy któryś z chłopców jeszcze siedzi przy stole. Pożarty przez psa ostatni kawałek czegokolwiek wywołuje taki dramat i lament, jakby pies porwał chłopakom sprzed nosa cały urodzinowy tort.

Usypianie chłopców zajmuje mi średnio godzinę, która coraz częściej wydłuża się do półtorej godziny czytania bajek. Po jakichś dwóch, trzech godzinach spokojnego snu, czyli akurat wtedy, kiedy matka w końcu siada na kanapie po doprowadzeniu mieszkania do jako takiego porządku, zaczynają się pierwsze senne podróże. Chłopcy wędrują do salonu, gdzie zasypiają na wpół zwieszeni z kanapy lub wpychają się na trzeciego, albo i czwartego do naszego łóżka. I jak bardzo lubię to nasze nocne towarzystwo, które spokojnie i płynnie posapuje sobie obok, to prawda jest taka, że spanie we czwórkę jest wyjątkowo niewygodne, nawet gdy  nikt się nie rozpycha.

Przy tym wszystkim nie wspomniałam jeszcze o najważniejszym, czyli naszych dzieciach, których zachowanie zasługuje na osobny wpis, który pewnie niedługo popełnię. A znajdzie się tam bunt, kłótnie, bójki, przepychanki, dokuczanie, wytykanie jęzorów, milion pytań i próśb do matki, zachcianki, fochy, tupanie nogami, warczenie – to Janek, bo któż by inny, szczypanie oraz notoryczne ignorowani rodzicielskich próśb – to tylko kilka atrakcji, którymi urozmaicają mi życie dzieci ;)

Ostatnio dużo czytałam zarzutów, że blogerzy oszukują i przeinaczają rzeczywistość, „że pokazują wesołe dzieci paradujące w czyściutkich designerskich i drogich ubrankach, które bawią się wyłącznie markowymi zabawkami”. Będąc matką i blogerką, wiedząc jak  blogowanie na prawdę wygląda i z czym to się je, nie mogę się z tym zgodzić. Owszem są takie blogi od których daje sztucznością na kilometr. Wyreżyserowane pozy i uśmiechy, które nie mają nic wspólnego ze spontanicznością, którą mają udawać…  Całe szczęście wcale nie jest tych blogów tak dużo. Większość blogów parentingowych to jednak szczerzy i autentyczni ludzie, którzy od czasu do czasu zareklamują Wam jakąś fajną zabawkę lub książkę, którą dostali, a których życie nie różni się niczym od normalnego życia. mają te same problemy, te zmartwienia i przeżywają to samo, tylko kazdy na swój własny sposób. Nasze dzieci są tak samo marudne gdy są zmęczone, tak samo uparte i buńczuczne. Też nie potrafią przyjmować porażki, tylko ryczą i tarzają się po dywanie niczym goryl po zawale. My też mamy upaćkane w dżemie ściany przy stole, a dzieci potrafią wytrzeć brudne od czekolady ręce w zasłonki ;) Na wyjazd jeździmy obładowani niczym rodzina Griswaldów wioząc wszystkie niezbędne rzeczy dzieci, która zajmuje połowę bagażnika, a w mojej torbie poza resorkami znajdziecie kilka „najpiękniejszych kamieni świata”, które  w rzeczywistości są kawałkami cegły lub betonu. I to są właśnie te rzeczy, które nas, matki bez względu na wszystkie okoliczności łączą.

A na koniec podrzucam Wam kilka przeidealizowanych zdjęć z naszych pierwszych dwóch tygodni wakacji ;) Miłego oglądania ;)

 

IMG_0516a

Nawet nie pytajcie dlaczego ma niebieską dziurkę w nosie! ;)

IMG_1264

IMG_1252a

IMG_1375 sm blog

IMG_1390 sm blog

IMG_1390a sm

IMG_1193 sm

IMG_1806 sm

IMG_1799 sm

IMG_1898 1 sm2

IMG_1106 sm

IMG_1886

IMG_1947 copy

IMG_1961 1 copy 2a

IMG_1916

IMG_1935 sm

IMG_2100a

IMG_2580 a

IMG_2095 sm

_MG_8647 sm

IMG_1744 sm

IMG_2789 1 copy 2 small

IMG_2798 a

IMG_2990a

IMG_2563 sm

IMG_2566 copy 7 sm

IMG_3127 copy 2a sm

IMG_3111

IMG_3160 copy a

IMG_3163 a

IMG_3152 copy (2) sm